Nepal był dla nas marzeniem od wielu lat. Plany wyjazdu krzyżowały nam trzęsienie ziemi, potem choroby i kontuzje i potrzebny czas na rehabilitację, więc gdy wszystkie przeciwności zostały zażegnane, rozpoczęliśmy planowanie wyjazdu.
Pierwszą myślą było zorganizować wszystko samemu, większość planując jeszcze w Polsce. Na pewno chcieliśmy wejść w miarę wysoko, poczuć potęgę gór i cieszyć się pewnego rodzaju wolnością.
Od samego początku plan samodzielnej realizacji wyjazdu szedł nam jak po grudzie, jak nie było lotu w cenach akceptowalnych i na naszą kieszeń, to rezerwacja przewodnika lub noclegów nie szła z terminami w parze. W końcu zdecydowaliśmy się odbyć podróż z profesjonalną firmą, organizującą takie wyjazdy już od wielu lat. Jako przeciwnik zwiedzania „pod nadzorem” i kierunkiem osób trzecich, obawiałem się tego wyjazdu najbardziej ze wszystkich.
Wszelkie obawy kruszyły się bardzo szybko, profesjonalne podejście firmy do klienta, bardzo dobry kontakt z biurem, koszty pomimo tego, że nie najmniejsze, to z głowy odeszło nam planowanie wyjazdu i cała logistyka.
Na lotnisku spotkaliśmy się całą grupą i kolejnym zaskoczeniem było to, że Organizator zdecydował się na zorganizowanie wyjazdu dla tak nielicznej grupy – było nas czworo uczestników i piąta osoba oddelegowana przez Organizatora.
Wylot do Katmandu mieliśmy z Pragi, z ośmiogodzinną przesiadką w Dubaju, dzięki czemu mogliśmy poświęcić kilka godzin na zwiedzanie tego nowoczesnego i bogatego miasta.
Udało nam się pospacerować wśród niesamowitych wieżowców, w tym pod najwyższą budowlą świata Burdż Chalifa
Po krótkiej wizycie w Dubaju polecieliśmy do Katmandu, gdzie spędziliśmy jeden nocleg, jak się później okazało w hotelu jak na warunki Nepalskie o bardzo wysokim standardzie, w nim mogliśmy pozostawić zbędne w trakcie trekingu bagaże i rano udaliśmy się transportem publicznym do miejscowości, która była naszym miejscem startowym do trekingu do przełęczy Larka Pass i wędrowania wokół góry Manaslu.
Jako, że zdjęcia dla wielu z nas to więcej niż słowa, w relacji zamieszczać będę linki do galerii zdjęć dokumentując naszą podróż.
Po przybyciu na miejsce spotkaliśmy się z niezwykłymi jak dla nas widokami. Zielony krajobraz z tarasami pól uprawnych, długie wiszące mosty nad głębokimi przepaściami, kolorowe świątynie i przede wszystkim górskie widoki zapierające dech w piersiach. Rozpoczynając wędrówkę na naszym szlaku widzieliśmy wiele prowizorycznie skleconych ,drewnianych baraków przeznaczonych do nocowania w trakcie trekingu. W każdym zamieszkanym miejscu, takich budynków było kilka ,jak nie kilkanaście. Obok rolnictwa, usługi świadczone dla turystów są prawdopodobnie jedynym źródłem dochodu mieszkańców tych rejonów. Na początku szlaku można było spotkać jeszcze autobusy i pojedyncze samochody terenowe, jednak wraz z przebytymi kilometrami jedynym środkiem transportu towarów były osiołki. Mieszane uczucia wywoływały u nas prowizoryczne budynki mieszkalne, bardzo skromne życie mieszkańców, chęć dążenia do życia na wyższym poziomie, powodował zaśmiecanie okolicy pozostałościami po turystach. Jednak czas gdy udawało nam się porozmawiać z Nepalczykami ukazywał nam obraz ludzi o bardzo przyjaznym charakterze, ludzi biednych ,ale bogatych duchowo, o otwartych sercach i wiecznie uśmiechniętych twarzach.
W miarę pokonywania kolejnych kilometrów ukazywały nam się coraz większe przepaście połączone mostami i w oddali zaśnieżone szczyty Himalajów.
Po trzech dniach wędrówki byliśmy już na wysokości około 2000 m n.p.m. , klimat stawał się coraz bardziej surowy. Nepalczycy, czym wyżej się przemieszczamy, żyją w coraz trudniejszych warunkach. W trakcie wędrówki, naszym oczom ukazywał się piękny krajoraz, coraz bardziej skalisty, a widoczne i zbliżajace się do nas góry coraz bardziej pokazywały swoją potęgę, mijając ludzkie osady, coraz bardziej oddalone od w miarę ucywilizowanych ośrodków miejskich. Wymuszały od mieszkańców coraz większego poświęcenia, by mogli Oni współżyć w tym terenie. Wędrując szlakami mijaliśmy ciężko pracujących ludzi, jednak to co do nas zaczęło docierać, byli oni zawsze uśmiechnięci, chętni do rozmowy, a te trudne warunki tworzyły coraz silniejszych ludzi, nie tylko fizycznie ale i duchowo. Zaczęło do mnie docierać, że zachodni styl życia pozwala na wiele, ale wiele również zabiera.
Wędrując coraz węższymi dróżkami, mijaliśmy zmieniającą się przyrodę, obok zarośli bambusowych znajdywać zaczęliśmy krzaczki marihuany, dziko rosnącej i nie wykorzystywanej i nie zbieranej przez miejscowych. Obok miejsc wydzieranych przyrodzie przez Nepalczyków, mijaliśmy również dużo śladów religijnych, kamienne tablice, bębny modlitewne, klasztory mnichów.
Kuchnia stawała się dla nas coraz bardziej monotonna, jednak patrząc na to jak ciężko żyje się autochtonom, nawet nie próbowaliśmy narzekać. Nogi zaczynały się przyzwyczajać do wędrówki, ale mieliśmy świadomość, że nie jesteśmy na takiej wysokości by uciążliwym był niedosyt tlenu w powietrzu.
Coraz wyżej i wyżej, coraz mniej pól uprawnych, coraz mniej osad ludzkich, coraz więcej i częściej pustelni i klasztorów, nepalscy mnisi również chcą być bliżej swojego Boga i budowali swoje świątynie jak najwyżej potrafili i jak najwyżej mogli przetrwać. W większości przypadków Nepalczycy to hindusi, jednak czym bliżej zbliżaliśmy się granicy z Chinami, coraz więcej spotykaliśmy i mnichów buddyjskich.
Nasze warunki bytowe, również stawały się coraz cięższe, obiekty noclegowe jak na warunki europejskie, nie kwalifikowały by się już do żadnych kategorii, jednak z dnia na dzień nam coraz mniej przeszkadzał brak internetu, prądu, mycie się w zimnej bieżącej wodzie (ciepła była podawana w wiaderku), warunki lokalowe coraz prostsze, kuchnia jednolita – a nam coraz bardziej zaczynało się to podobać, pewnie dlatego tylko, że mieliśmy świadomość, że prędzej czy później wrócimy do naszych domów i wygód.
Jednak jak mieliśmy narzekać, gdy z dnia na dzień zbliżaliśmy się do celu naszej wędrówki, byliśmy coraz wyżej, a oczy nasze cieszyły takie widoki. Po sześciu dniach wędrówki zatrzymaliśmy się na nocleg, z którego okna ukazywała się nam góra, którą okrążał nasz szlak. Muszę również opisać naszego nepalskiego przewodnika, oprócz tego, że był wsaniałym kompanem, bardzo dobrym opiekunem uwielbiał z nami spędzać wieczory, zostawiał swoich współpracowników i przychodził do nas grać w karty, nauczyliśmy go gry w remika i przepadł. Potrafił rezygnować z posiłku, na rzecz partii w karty. musieliśmy go zmuszać szantażem, lub przerywaliśmy grę by poszedł coś zjeść, często wolałby iść głodny spać, byleby nie przepadła mu żadna partia gry.
<galeria>
Po 9 dniach wędrówki byliśmy już dosyć wysoko, pozostaliśmy w jednym miejscu na dwa dni, aby sprawdzić swoje organizmy, gdy wystawimy je na działanie większych wysokości. Zostaliśmy zabrani na wycieczkę, bez obciążeń z lekkimi plecakami, ale na wysokość przekraczajacą 4 000 m n.p.m. Egzamin zdaliśmy celująco, nikt z nas nie miał objawów choroby wysokogórskiej, a w nagrodę mieliśmy chwilę relaksu na wysokogórskich łąkach na których mogliśmy podziwiać majestat Manaslu, potem powędrowaliśmy nad jezioro, ale nie było wśród nas odważnego by się w nim zamoczyć.
Kolejnym sprawdzianem w następnych dniach było dojściena przełęcz, ktora to jednocześnie była granicą Nepalsko – Chińską. Wędrówka okazała się bardzo trudna i ciężka i w trakcie tego trekingu uświadomiłem sobie jak bardzo niewiele brakuje by nie mieć siły zrobić kolejnego kroku. Pierwszy raz w tym momencie miałem kryzys i zacząłem się obawiać czy uda mi się wejść w kolejnych dniach wyżej. Zamurowało mnie jeszcze bardziej, gdy oczom moim ukazało się dwoje ludzi niosących na plecach belkę stropową, moja słabość przy sile niewysokiego mężczyzny niosącego ponad 5 metrową belkę, była jeszcze bardziej obnażona. Wieczorem byłem szczęśliwy, że mogłem się wykąpać i położyć do łóżka, wtedy również zwróciliśmy uwagę, że na tej wysokości nie czuć było naszego potu.
Po dziesięciu dniach zaczynaliśmy zbierać się do zdobycia zaplanowanej przełęczy. Najpierw mieliśmy dojść do bazy pod przełęczą, ostatnią bazą w której mogliśmy przygotować posiłki, przespać się pod dachem, choć na drewnianych deskach, bo łóżek już tam nie było. Na umycie się po przybyciu do bazy mieliśmy niespełna godzinę, bo po 16 godzinie woda żródlana wylatujaca z rury doprowadzonej do bazy, zamarzała. O 16 przekonaliśmy się, że nie były to czcze pogróżki i ten kto nie dokończył mycia już tej szancy nie dostał. Noc zaczęła się w miarę szybko, mieliśmy świadomość, że musimy wstać w nocy i w stronę przełęczy Larka Pass przemieszczać się będziemy jeszcze w świetle czołówek. O ile noc była ciężka, nie potrafiliśmy się odpowiednio dogrzać, pomimo odpowiednich śpiworów, było nam zimno, gdy zasypialiśmy i spowalniał się nam oddech, dostarczaliśmy organizmowi mniej tlenu. Noc ta była kolejnym punktem w naszej wycieczce gdy obawiałem się czy uda mi się dotrzeć nad przełęcz, która to znajduje się na wysokości ponad 5100 m n.p.m.
Poranno/nocną pobudkę przyjąłem jednak z optymizmem i dobrym samopoczuciem, szybko się ubraliśmy, trzęsąc się jak osiki, spakowaliśmy swój dobytek i raźno ruszyliśmy w obranym kierunku. W trakcie wędrówki okazało się, że kondycyjnie i zdrowotnie jesteśmy w bardzo dobrej formie, szybko zdobyliśmy przełęcz, na której chwilę poświętowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i szczęśliwi podziękowaliśmy naszym nepalskim przyjaciołom, za bardzo dobre przygotowanie nas do tego trekingu i nieocenioną pomoc w wędrówce. Po wszystkim, mogliśmy skwasić swoje miny i zacząć schodzenie w dół ze świadomością, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zejście pomimo kilku problemów przebiegło w miarę sprawnie i szybko znaleźliśmy się w innym świecie, zapomnieliśmy o trudnach i noc spędziliśmy prawie 1000 m niżej niż jeszcze rano byliśmy. Super obiekt noclegowy, ciepła woda, wygodne pokoje, smaczna kuchnia restauracji, o tym, że jednak góry cały czas są w naszym sąsiedztwie przypomniał nam śmigłowiec ratownictwa górskiego biorący udział w akcji ratowniczej.
Po zejściu ze szlaku dotarliśmy do miejsca gdzie czekał na nas już transport samochodowy, czekał nas ostatni etap podróży, nasz mały road trip, zmęczeni, mogliśmy podziwiać mijające nas widoki z innej perspektywy, po drodze zjedliśmy obiad przy urokliwym wodospadzie widzianym z okien restauracji i poczęstowano nas chyba najbrzydszymi bananami jakiekolwiek widziałem, po ich zjedzeniu jednak kolejny raz przekonałem się, że nie to najważniejsze co na zewnątrz, a był to bezapelacyjnie najsmaczniejszy banan jakiego kiedykolwiek jadłem. Wieczorem dojechaliśmy do Katmandu, więc mogliśmy się wykąpać w luksusowych warunkach, przebrać w „miastowe” ciuchy i przejść się na miasto.
Po dwóch tygodniach znaleźliśmy się wśród cywilizacji. Katmandu – stolica Nepalu, blisko milionowe miasto, zatłoczone i głośne. Wśród wielu ludzi w tłoku dziwnie się czuliśmy, ale w planach mieliśmy zwiedzić jeszcze największe atrakcje okolicy. Numerem jeden było zobaczyć Badnath, jedną z najważniejszych jak nie najważniejszą buddyjską świątynią. Swayambhunath, zwana również Świątynią Małp to jedno z najstarszych miejsc religijnych w Nepalu – ważnym dla hindusów, ale dużo ważniejszym dla buddystów. Ostatnią atrakcją jaką odwiedziliśmy w okolicy Katmandu było Patan Darbar Square, z XIV wiecznym pałacem królewskim. Niestety po zwiedzaniu zostało nam pożegnać się z Nepalem, wcześniej odwiedzając lokalną restaurację, gdzie organizatorzy zaprosili nas na pożegnalną kolację. W trakcie spożywania posiłków, grupa lokalnych artystów przedstawiła nam swoje umiejętności artystyczne, wykonując ludowe tańce.
Potem niestety zostało nam spakowanie się i udanie się na lotnisko.
Podsumowując wyjazd, mogę go zaliczyć do „wyjazdów życia”. Nepal był jednym z miejsc, które chciałem zobaczyć od dawna, a Himalaje, po odwiedzinach w Himalajach Indyjskich, był punktem, który musiałem zrealizować.
Polecam ten kierunek, każdemu, w zależności od umiejętności organizatorskch, można spokojnie udać się w tym kierunku samemu organizując pobyt, dla kogoś bardziej ostrożnego polecam wyjazd ze sprawdzonym organizatorem. W zależności od swojej kondycji można dobrać stopień trudności wyjazdu, a gwarantuję niezapomniane przeżycia na całe życie.
