Indie – kraj kontrastów

Indie – kraj na południu Azji, pokonując 5 tysięcy kilometrów można znaleźć się w tak niezwykłym miejscu, że dla większości ludzi pochodzących z naszego rejonu, pozostanie na pewno w pamięci do końca życia.

W 10 godzin można się tam znaleźć liniami lotniczymi także z naszego kraju. Myśmy obawiali się, samodzielnie udać w tamte rejony i wybraliśmy podróż z niestety nieistniejącym już biurem, które siedzibę miało w USA. Program wyjazdu był bardzo interesujący i oferujacy wiele więcej w tamtych czasach niż organizatorzy krajowi, na szczęście obecnie się to wszystko zmienia i teraz i u nas można zaplanować wyjazd z ciekawie zaplanowanym i zorganizowanym programem oraz rzetelnym, sprawdzonym Organizatorem.

Do Delhi udaliśmy się z Pragi, z międzylądowaniem w Instambule, by po 12 godzinach doznać pierwszego szoku. Nie zobaczyliśmy 11,5 miliona mieszkańców stolicy Indii od razu, choć z tą stolicą to również tak nie do końca jest, bo stolicą jest Nowe Delhi, administracyjnie stanowiące osobne miasto, lecz jako organizm miejski, to miasto w mieście, bardziej jako dzielnica, choć ogromem i liczbą ludności dzielnicy na pewno nie przypomina.

Delhi było tylko miejscem przesiadkowym, nie zwiedzaliśmy tego miasta, a wszystko co widzieliśmy widzieliśmy zza szyby taksówki. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy, to niewyobrażalna granica między bogactwem a biedą. Różnice widoczne na każdym kroku, dzielnice z pięknymi ulicami, parkami, domami i druga strona tego miasta – biedna, przeludniona, głośna, ale atakująca oczy ferią barw, tak kolorowa, że zachwycała nas bardziej niż dzielnice bogatych mieszkańców (choć również kolorowa, zdobna i kapiąca przepychem), to na nas większe wrażenie zrobiły te dzielnice bliższe zwykłym ludziom.

Z Delhi udaliśmy sie do pierwszego naszego miejsca pobytu – Rishikesh. Świętego dla wyznawców Hinduizmu miasta i cel wielu pielgrzymek. Nazwa Rishikesh pochodzi od słowa ryszi, to tytuł kapłanów i mędrców, a miasto otrzymało tę nazwę w związku z tym, że było to miejsce gdzie medytowali starożytni mędrcy. My jak przystało na zachodnich pielgrzymów chcących poznać nieco kulturę i zbliżyć się choć trochę do osób oddajacych się medytacji i ćwiczeniom jogi zamieszkaliśmy w Ashramie Madhuban.

Miasto zbudowano nad świętą rzeką Hindusów – Gangesem, rzeka ta to Bogini hinduska i to niezwykła rzeka. Od niej zależy życie wielu milionów mieszkańców Indii, wzdłuż jej nurtu powstało wiele świątyń, a na jej brzegu Hindusi przybywajacych z najodleglejszych zakątków kraju udają się na pielgrzymki oddając cześć Bogini Ganga, ktorej to Ganges jest ucieleśnieniem. Obecnie turyści mogą być świadkami wielu rytuałów i obrządków, gdzie wierni obmywają się w nurcie rzeki, medytują nad jej brzegiem, śpiewają mantry, czy puszczają łódeczki z kwiatów wraz z płonącymi świecami i lampionami.

My będąc gośćmi korzystaliśmy z wielu tego typu atrakcji, odwiedzajac okoliczne świątynie, ashramy, czy miejsca modlitw nad brzegami Gangesu, jednak przede wszystkim mogliśmy korzystać z porannych i wieczornych ćwiczeń yogi.

Trayambakeshwar – to świątynia i symbol Rishikesh, ponad 800 letnia świątynia gurująca 13 piętrami nad Gangesem, to świątynia poświęcona przede wszystkim Śiwie, ale i wielu innym Bogom. Brzegi rzeki łączy ciekawy most Lakshman Jhula, który przekraczaliśmy niejednokrotnie, chcąc udać się na miejskie targowiska i stragany.

Będąc w Rishikesh, każdemu zabraknie urlopu by zwiedzić każde ciekawe miejsce w mieście i w okolicy.

Zachwyciły nas kolorowe stragany, przepyszna kuchnia, choć dla mięsożernych smakoszy nic się nie znajdzie, wszak to święte miasto, a wierzący nie jedzą mięsa. Choć miałem ochotę zjeść coś mięsnego z jednym wyjątkiem musiałem obejść się smakiem. Wyjątek dotyczył wyjazdu z miasta, gdy udaliśmy się do restauracji oferujacej w swoim menu pożywienie mięsne. W ten sposób po tygodniu wegetariańskiego jedzenia, kozina została zaserwowana mojej osobie i kilku innym uczestnikom stęsknionym za pokarmem mięsnym. W restauracji nie można liczyć na wołowinę, wszak wiadomo, że krowy w Indiach są święte i nie jest to legendą, a my mieliśmy okazję się niejednokrotnie o tym przekonać, wieprzowina w tej szerokości geograficznej nie jest spożywana, więc do dyspozycji pozostało w menu jeszcze baranina i kurczak. Niestety gospodarz nie spodziewał się najazdu głodnych i spragnionych mięsa turystów i wyczyściliśmy mu lodówkę z jedynych trzech porcji koziny.

Oprócz wszędzie obecnych krów, trzeba było zwracać szczególną uwagę na małpy, pomimo wielokrotnych już ostrzeżeń w Polsce o tym jak niebezpieczne są to zwierzęta, to myśmy mieli szczęście i jedynymi poszkodowanymi byli Ci, co niebacznie eksponowali swoje słodycze w ręku, by za chwile je stracić, po tym jak zręczne małpy wyrywały je z dłoni. 

Po tygodniu obecności w Rishikesh udaliśmy się w stronę  Himalajów i pomimo tego, że w nazwie mają Małe, to szczyty znajduja się na wysokościach ponad 5 tys. m n.p.m. ,  a średnia wysokość regionu to 3700 – 4500 m n.p.m.

Sam przejazd lokalnymi środkami transportu to niezapomniane przeżycie, zastanawialiśmy się czemu niecałe 200 km drogi pokonywać będziemy prawie 8 godzin. W trakcie podróży wszystko się wyjaśniło, duży ruch i korki nie były największą tego przyczyną, o podróży nad przepaściami, wymijaniu się dużych pojazdów na zakręcie, którym Europejczykom, wydawało się niemożliwe, czy przystanki z nieznanych przyczyn były głównymi powodami długiego czasu podróży. Jednak nie pozna Indii ten, kto nie skorzysta z ich środków transportu.

Po ekscytującej podróży dojechaliśmy do Guptkashi, niewielkiej wioski u podnóża gór. Kolejne miejsce w Indiach i kolejny szok, kulturowy i ludzki. Wędrując górskimi szlakami mijaliśmy niewielkie osady, które ciężko było nazwać miejscowościami, to skupiska bardzo biednych ludzi, nie posiadajacych prawie nic, mieszkajacych w kartonach, prowizorycznych namiotach. Ludzie uśmiechnięci i pogodzeni chyba ze swoją dolą. Szczęśliwe dzieci, bawiące sie patykiem, kamykiem, nie potrzebujace do szczęścia wszystkiego tego co w naszym kraju jest już niezbędne. Jednak i tam spotykaliśmy się z ludzkim szczęściem, w sąsiedztwie hotelu, odbywało się wesele i byliśmy świadkami wielu ciekawych obrządków. Przechodząc przez niewielką osadę, zostalismy zaproszeni na część wesela innej pary, a dzięki naszemu przewodnikowi, poznaliśmy trochę zwyczajów. Tak dowiedzieliśmy się, że jako goście na weselu przyniesiemy Młodym szczęście, matka Pana Młodego pokazała nam swój rodowy skarb, przekazywany od setek lat z matki na córkę, a mianowicie złoty naszyjnik. Naszyjnik taki z pokolenia na pokolenie jest wzbogacany kolejnymi złotymi elementami, a czym majętniejsza rodzina, tym taka ozdoba bogatsza.

Okolice Guptkashi to przepiękne tereny, górskie swiątynie, przepiękne krajobrazy, miejsce gdzie świat się zatrzymał i pokazuje nam co jest najważniejsze w życiu. Poranne pobudki, za krótkie noce, wszystko to było rekompensowane wspaniałymi wschodami słońca, porankami u podnóża gór przy budzącej się do życia świątyni, a każdy kolejny dzień był niespodzianką.

Tadź Mahal – dla wielu osób obowiązkowy punkt odwiedzin w trakcie pobytu w Indiach. Pałac miłości, zbudowany przez władcę, ku pamięci przedwcześnie zmarłej żony. Monumentalna budowla, odwiedzana przez miliony turystów, zachwyciła ale i pozostawiła po sobie pewien niedosyt.

Nieopodal natomiast znajduje się Czerwony Fort, zespół budowli fortecznych i pałacowych. Budowę tego obiektu rozpoczęto w 1565 roku, w 1666 roku w tym forcie życie zakończył w odosobnieniu, Szahdżahan, twórca Tadź Mahal. 

Olbrzymie zaskoczenie, ale w sumie powinno być do przewidzenia to kolejna podróż po Indiach, a mianowicie przelot do turystycznego raju Indii, jakim jest Goa. Ten turystyczny region różni się diametralnie od tego co widzieliśmy wcześniej. Nowoczesne hotele, gospodarka nastawiona na turystów, senna i leniwa atmosfera pomagająca w odpoczynku, przepiękne plaże i ciepłe Morze Arabskie. Choć dalej są to Indie o czym świadczyła obecność na plaży Świętych Krów (i nie byli to wczasowicze z każdego zakątka swiata), lecz najprawdziwsza rogacizna. Nikt nie odważył się przegonić tych zwierząt, a one co rano przechodziły sobie plażą pozostawiając po sobie ślady swojej obecności, jednak bardzo krótkotrwałej, ponieważ tuż za nimi wędrowała grupa kobiet, która cierpliwie sprzątała plaże po „świętobliwych gościach”.

Goa to również przyroda, piękne wyspy, delfiny, przepyszna kuchnia, bogata w owoce morza, duża oferta turystyczna i pierwszy raz widoczny na każdym kroku alkohol i papierosy, coś czego nie ma na widoku w innych regionach kraju.

Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, trzeba spakować walizki, wrócić do rzeczywistości i zacząć planować kolejną podróż.

Odwiedzajcie naszą stronę, a my obiecujemy przedstawiać kolejne relacje z naszych wyjazdów i mamy nadzieję, że będą one inspiracją dla Was, a oferty Organizatorów lub nasze rady będą początkiem Waszych wspaniałych przygód.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *