Wizyta w Studio Atlas w Maroku

Kulisy Marokańskiej Stolicy Filmowej

Maroko, znane z egzotycznych krajobrazów i bogatej historii, zyskało także reputację jako popularna lokalizacja filmowa. W samym sercu tego filmowego królestwa znajduje się imponujące Atlas Studio w Warzazacie, miejsce, które zrewolucjonizowało przemysł filmowy w regionie. Przeżywając fascynującą podróż po tych filmowych kuluarach, odkrywamy, dlaczego Atlas Studio zasługuje na swoją pozycję jako jedno z najważniejszych studiów filmowych w Afryce i największe na Świecie.

Atlas Studio zostało założone w 1983 roku przez Mohameda Belghimi. Choć studio to funkcjonowało znacznie wcześniej i nagrywano w nim już filmy, to właśnie rok 1983 jest uznawany za początek tego studia, wtedy zorganizowano i zalegalizowano je. Od samego początku zostało jedny z największych studiów filmowych w Afryce Północnej.  Zyskało uznanie dzięki produkcji filmów o międzynarodowym zasięgu, a obecnie biorąc pod uwagę zajmowaną powierzchnię jest największym studiem na Świecie. Początkowo studio było lokalne, ale z biegiem lat dynamicznie się rozwijało, przyciągając uwagę twórców filmowych z całego świata.

Atlas Studio położone jest w Warzazacie, w pobliżu urokliwego miasta Ouarzazate, znanej również jako „Wrota do Pustyni”. Otoczone malowniczymi krajobrazami Atlasu Wysokiego, studio oferuje unikalną lokalizację, która doskonale nadaje się do kręcenia filmów o różnorodnej tematyce – od historycznych epopei po przygodowe produkcje.

Architektura studia jest imponująca, a kompleks obejmuje obszary otwarte i zamknięte, umożliwiając elastyczne dostosowywanie przestrzeni do potrzeb różnych produkcji. Wielu twórców docenia również charakterystyczne marokańskie detale architektoniczne, które dodają autentyczności każdemu filmowi.

Atlas Studio gościł wiele filmów z pierwszych chwil swojego istnienia, w tym takie spektakularne produkcje jak „Lawrence z Arabii” czy „Królestwo Niebieskie”. Studia często wykorzystywane są do kręcenia scen z epokowych filmów kostiumowych, fantasy (Gra o Tron, Gladiator), a także produkcji reklamowych. Charakterystyczne scenerie pustynne i górskie oferują nieograniczone możliwości dla reżyserów pragnących wprowadzić do swoich dzieł odrobinę egzotyki i autentyczności.

Atlas Studio otwiera swoje drzwi również dla turystów, oferując im możliwość zanurzenia się w fascynującym świecie filmu. Podczas zwiedzania można zobaczyć egiptyczne miasta, orientalne bazarowe uliczki, a nawet repliki słynnych miejsc z Hollywood. Przewodnicy podczas wycieczek dzielą się nie tylko anegdotami z planu filmowego, ale także opowiadają o procesach produkcji filmowej, co czyni wizytę edukacyjnym i ekscytującym doświadczeniem.

Atlas Studio w Warzazacie to bez wątpienia perła filmowego przemysłu w Afryce Północnej. Jego rosnące znaczenie dla międzynarodowych produkcji filmowych sprawia, że to miejsce staje się nie tylko studiem filmowym, ale również kulturalnym i turystycznym centrum. Zwiedzając Atlas Studio, odkrywa się, jak magia kina łączy się z urodą marokańskiego krajobrazu, tworząc niezapomnianą podróż przez świat filmu.

Zdjęcia z naszej podróży po Atlas Studio w naszej <galerii>.

Nepal – wędrówka pod dachem Świata

Nepal był dla nas marzeniem od wielu lat. Plany wyjazdu krzyżowały nam trzęsienie ziemi, potem choroby i kontuzje i potrzebny czas na rehabilitację, więc gdy wszystkie przeciwności zostały zażegnane, rozpoczęliśmy planowanie wyjazdu.

Pierwszą myślą było zorganizować wszystko samemu, większość planując jeszcze w Polsce. Na pewno chcieliśmy wejść w miarę wysoko, poczuć potęgę gór i cieszyć się pewnego rodzaju wolnością. 

Od samego początku plan samodzielnej realizacji wyjazdu szedł nam jak po grudzie, jak nie było lotu w cenach akceptowalnych i na naszą kieszeń, to rezerwacja przewodnika lub noclegów nie szła z terminami w parze. W końcu zdecydowaliśmy się odbyć podróż z profesjonalną firmą, organizującą takie wyjazdy już od wielu lat. Jako przeciwnik zwiedzania „pod nadzorem” i kierunkiem osób trzecich, obawiałem się tego wyjazdu najbardziej ze wszystkich. 

Wszelkie obawy kruszyły się bardzo szybko, profesjonalne podejście firmy do klienta, bardzo dobry kontakt z biurem, koszty pomimo tego, że nie najmniejsze, to z głowy odeszło nam planowanie wyjazdu i cała logistyka. 

Na lotnisku spotkaliśmy się całą grupą i kolejnym zaskoczeniem było to, że Organizator zdecydował się na zorganizowanie wyjazdu dla tak nielicznej grupy – było nas czworo uczestników i piąta osoba oddelegowana przez Organizatora.

Wylot do Katmandu mieliśmy z Pragi, z ośmiogodzinną przesiadką w Dubaju, dzięki czemu mogliśmy poświęcić kilka godzin na zwiedzanie tego nowoczesnego i bogatego miasta.

Udało nam się pospacerować wśród niesamowitych wieżowców, w tym pod najwyższą budowlą świata Burdż Chalifa

Po krótkiej wizycie w Dubaju polecieliśmy do Katmandu, gdzie spędziliśmy jeden nocleg, jak się później okazało w hotelu jak na warunki Nepalskie o bardzo wysokim standardzie, w nim mogliśmy pozostawić zbędne w trakcie trekingu bagaże i rano udaliśmy się transportem publicznym do miejscowości, która była naszym miejscem startowym do trekingu do przełęczy Larka Pass i wędrowania wokół góry Manaslu.

Jako, że zdjęcia dla wielu z nas to więcej niż słowa, w relacji zamieszczać będę linki do galerii zdjęć dokumentując naszą podróż.

<galeria>

Po przybyciu na miejsce spotkaliśmy się z niezwykłymi jak dla nas widokami. Zielony krajobraz z tarasami pól uprawnych, długie wiszące mosty nad głębokimi przepaściami, kolorowe świątynie i przede wszystkim górskie widoki zapierające dech w piersiach. Rozpoczynając wędrówkę na naszym szlaku widzieliśmy wiele prowizorycznie skleconych ,drewnianych baraków przeznaczonych do nocowania w trakcie trekingu. W każdym zamieszkanym miejscu, takich budynków było kilka ,jak nie kilkanaście. Obok rolnictwa, usługi świadczone dla turystów są prawdopodobnie jedynym źródłem dochodu mieszkańców tych rejonów. Na początku szlaku można było spotkać jeszcze autobusy i pojedyncze samochody terenowe, jednak wraz z przebytymi kilometrami jedynym środkiem transportu towarów były osiołki. Mieszane uczucia wywoływały u nas prowizoryczne budynki mieszkalne, bardzo skromne życie mieszkańców, chęć dążenia do życia na wyższym poziomie, powodował zaśmiecanie okolicy pozostałościami po turystach. Jednak czas gdy udawało nam się porozmawiać z Nepalczykami ukazywał nam obraz ludzi o bardzo przyjaznym charakterze, ludzi biednych ,ale bogatych duchowo, o otwartych sercach i wiecznie uśmiechniętych twarzach.

W miarę pokonywania kolejnych kilometrów ukazywały nam się coraz większe przepaście połączone mostami i w oddali zaśnieżone szczyty Himalajów.

<galeria>

Po trzech dniach wędrówki byliśmy już na wysokości około 2000 m n.p.m. , klimat stawał się coraz bardziej surowy. Nepalczycy, czym wyżej się przemieszczamy, żyją w coraz trudniejszych warunkach. W trakcie wędrówki, naszym oczom ukazywał się piękny krajoraz, coraz bardziej skalisty, a widoczne i zbliżajace się do nas góry coraz bardziej pokazywały swoją potęgę, mijając ludzkie osady, coraz bardziej oddalone od w miarę ucywilizowanych ośrodków miejskich. Wymuszały od mieszkańców coraz większego poświęcenia, by mogli Oni współżyć w tym terenie. Wędrując szlakami mijaliśmy ciężko pracujących ludzi, jednak to co do nas zaczęło docierać, byli oni zawsze uśmiechnięci, chętni do rozmowy, a te trudne warunki tworzyły coraz silniejszych ludzi, nie tylko fizycznie ale i duchowo. Zaczęło do mnie docierać, że zachodni styl życia pozwala na wiele, ale wiele również zabiera. 

Wędrując coraz węższymi dróżkami, mijaliśmy zmieniającą się przyrodę, obok zarośli bambusowych znajdywać zaczęliśmy krzaczki marihuany, dziko rosnącej i nie wykorzystywanej i nie zbieranej przez miejscowych. Obok miejsc wydzieranych przyrodzie przez Nepalczyków, mijaliśmy również dużo śladów religijnych, kamienne tablice, bębny modlitewne, klasztory mnichów. 

Kuchnia stawała się dla nas coraz bardziej monotonna, jednak patrząc na to jak ciężko żyje się autochtonom, nawet nie próbowaliśmy narzekać. Nogi zaczynały się przyzwyczajać do wędrówki, ale mieliśmy świadomość, że nie jesteśmy na takiej wysokości by uciążliwym był niedosyt tlenu w powietrzu. 

<galeria>

Coraz wyżej i wyżej, coraz mniej pól uprawnych, coraz mniej osad ludzkich, coraz więcej i częściej pustelni i klasztorów, nepalscy mnisi również chcą być bliżej swojego Boga i budowali swoje świątynie jak najwyżej potrafili i jak najwyżej mogli przetrwać. W większości przypadków Nepalczycy to hindusi, jednak czym bliżej zbliżaliśmy się granicy z Chinami, coraz więcej spotykaliśmy i mnichów buddyjskich.

Nasze warunki bytowe, również stawały się coraz cięższe, obiekty noclegowe jak na warunki europejskie, nie kwalifikowały by się już do żadnych kategorii, jednak z dnia na dzień nam coraz mniej przeszkadzał brak internetu, prądu, mycie się w zimnej bieżącej wodzie (ciepła była podawana w wiaderku), warunki lokalowe coraz prostsze, kuchnia jednolita – a nam coraz bardziej zaczynało się to podobać, pewnie dlatego tylko, że mieliśmy świadomość, że prędzej czy później wrócimy do naszych domów i wygód.

Jednak jak mieliśmy narzekać, gdy z dnia na dzień zbliżaliśmy się do celu naszej wędrówki, byliśmy coraz wyżej, a oczy nasze cieszyły takie widoki. Po sześciu dniach wędrówki zatrzymaliśmy się na nocleg, z którego okna ukazywała się nam góra, którą okrążał nasz szlak. Muszę również opisać naszego nepalskiego przewodnika, oprócz tego, że był wsaniałym kompanem, bardzo dobrym opiekunem uwielbiał z nami spędzać wieczory, zostawiał swoich współpracowników i przychodził do nas grać w karty, nauczyliśmy go gry w remika i przepadł. Potrafił rezygnować z posiłku, na rzecz partii w karty. musieliśmy go zmuszać szantażem, lub przerywaliśmy grę by poszedł coś zjeść, często wolałby iść głodny spać, byleby nie przepadła mu żadna partia gry.

<galeria>

Po 9 dniach wędrówki byliśmy już dosyć wysoko, pozostaliśmy w jednym miejscu na dwa dni, aby sprawdzić swoje organizmy, gdy wystawimy je na działanie większych wysokości. Zostaliśmy zabrani na wycieczkę, bez obciążeń z lekkimi plecakami, ale na wysokość przekraczajacą 4 000 m n.p.m. Egzamin zdaliśmy celująco, nikt z nas nie miał objawów choroby wysokogórskiej, a w nagrodę mieliśmy chwilę relaksu na wysokogórskich łąkach na których mogliśmy podziwiać majestat Manaslu, potem powędrowaliśmy nad jezioro, ale nie było wśród nas odważnego by się w nim zamoczyć. 

Kolejnym sprawdzianem w następnych dniach było dojściena przełęcz, ktora to jednocześnie była granicą Nepalsko – Chińską. Wędrówka okazała się bardzo trudna i ciężka i w trakcie tego trekingu uświadomiłem sobie jak bardzo niewiele brakuje by nie mieć siły zrobić kolejnego kroku. Pierwszy raz w tym momencie miałem kryzys i zacząłem się obawiać czy uda mi się wejść w kolejnych dniach wyżej. Zamurowało mnie jeszcze bardziej, gdy oczom moim ukazało się dwoje ludzi niosących na plecach belkę stropową, moja słabość przy sile niewysokiego mężczyzny niosącego ponad 5 metrową belkę, była jeszcze bardziej obnażona. Wieczorem byłem szczęśliwy, że mogłem się wykąpać i położyć do łóżka, wtedy również zwróciliśmy uwagę, że na tej wysokości nie czuć było naszego potu. 

<galeria>

Po dziesięciu dniach zaczynaliśmy zbierać się do zdobycia zaplanowanej przełęczy. Najpierw mieliśmy dojść do bazy pod przełęczą, ostatnią bazą w której mogliśmy przygotować posiłki, przespać się pod dachem, choć na drewnianych deskach, bo łóżek już tam nie było. Na umycie się po przybyciu do bazy mieliśmy niespełna godzinę, bo po 16 godzinie woda żródlana wylatujaca z rury doprowadzonej do bazy, zamarzała. O 16 przekonaliśmy się, że nie były to czcze pogróżki i ten kto nie dokończył mycia już tej szancy nie dostał. Noc zaczęła się w miarę szybko, mieliśmy świadomość, że musimy wstać w nocy i w stronę przełęczy Larka Pass przemieszczać się będziemy jeszcze w świetle czołówek. O ile noc była ciężka, nie potrafiliśmy się odpowiednio dogrzać, pomimo odpowiednich śpiworów, było nam zimno, gdy zasypialiśmy i spowalniał się nam oddech, dostarczaliśmy organizmowi mniej tlenu. Noc ta była kolejnym punktem w naszej wycieczce gdy obawiałem się czy uda mi się dotrzeć nad przełęcz, która to znajduje się na wysokości ponad 5100 m n.p.m.

Poranno/nocną pobudkę przyjąłem jednak z optymizmem i dobrym samopoczuciem, szybko się ubraliśmy, trzęsąc się jak osiki, spakowaliśmy swój dobytek i raźno ruszyliśmy w obranym kierunku. W trakcie wędrówki okazało się, że kondycyjnie i zdrowotnie jesteśmy w bardzo dobrej formie, szybko zdobyliśmy przełęcz, na której chwilę poświętowaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i szczęśliwi podziękowaliśmy naszym nepalskim przyjaciołom, za bardzo dobre przygotowanie nas do tego trekingu i nieocenioną pomoc w wędrówce. Po wszystkim, mogliśmy skwasić swoje miny i zacząć schodzenie w dół ze świadomością, że wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zejście pomimo kilku problemów przebiegło w miarę sprawnie i szybko znaleźliśmy się w innym świecie, zapomnieliśmy o trudnach i noc spędziliśmy prawie 1000 m niżej niż jeszcze rano byliśmy. Super obiekt noclegowy, ciepła woda, wygodne pokoje, smaczna kuchnia restauracji, o tym, że jednak góry cały czas są w naszym sąsiedztwie przypomniał nam śmigłowiec ratownictwa górskiego biorący udział w akcji ratowniczej.

<galeria> 

Po zejściu ze szlaku dotarliśmy do miejsca gdzie czekał na nas już transport samochodowy, czekał nas ostatni etap podróży, nasz mały road trip, zmęczeni, mogliśmy podziwiać mijające nas widoki z innej perspektywy, po drodze zjedliśmy obiad przy urokliwym wodospadzie widzianym z okien restauracji i poczęstowano nas chyba najbrzydszymi bananami jakiekolwiek widziałem, po ich zjedzeniu jednak kolejny raz przekonałem się, że nie to najważniejsze co na zewnątrz, a był to bezapelacyjnie najsmaczniejszy banan jakiego kiedykolwiek jadłem. Wieczorem dojechaliśmy do Katmandu, więc mogliśmy się wykąpać w luksusowych warunkach, przebrać w „miastowe” ciuchy i przejść się na miasto.

<galeria>

Po dwóch tygodniach znaleźliśmy się wśród cywilizacji. Katmandu – stolica Nepalu, blisko milionowe miasto, zatłoczone i głośne. Wśród wielu ludzi w tłoku dziwnie się czuliśmy, ale w planach mieliśmy zwiedzić jeszcze największe atrakcje okolicy. Numerem jeden było zobaczyć  Badnath, jedną z najważniejszych jak nie najważniejszą buddyjską świątynią. Swayambhunath, zwana również Świątynią Małp to jedno z najstarszych miejsc religijnych w Nepalu – ważnym dla hindusów, ale dużo ważniejszym dla buddystów. Ostatnią atrakcją jaką odwiedziliśmy w okolicy Katmandu było Patan Darbar Square, z XIV wiecznym pałacem królewskim. Niestety po zwiedzaniu zostało nam pożegnać się z Nepalem, wcześniej odwiedzając lokalną restaurację, gdzie organizatorzy zaprosili nas na pożegnalną kolację. W trakcie spożywania posiłków, grupa lokalnych artystów przedstawiła nam swoje umiejętności artystyczne, wykonując ludowe tańce.

Potem niestety zostało nam spakowanie się i udanie się na lotnisko.

Podsumowując wyjazd, mogę go zaliczyć do „wyjazdów życia”. Nepal był jednym z miejsc, które chciałem zobaczyć od dawna, a Himalaje, po odwiedzinach w Himalajach Indyjskich, był punktem, który musiałem zrealizować.

Polecam ten kierunek, każdemu, w zależności od umiejętności organizatorskch, można spokojnie udać się w tym kierunku samemu organizując pobyt, dla kogoś bardziej ostrożnego polecam wyjazd ze sprawdzonym organizatorem. W zależności od swojej kondycji można dobrać stopień trudności wyjazdu, a gwarantuję niezapomniane przeżycia na całe życie.

<galeria>,

Turcja – all inclusive po naszemu

Turcja – kraj gdzie zaczyna się Azja, a kończy Europa? Kraj na pograniczu tych dwu kontynentów, to na pewno – myśmy zdecydowali się na wypoczynek po bardzo intensywnych wyjazdach uznając, że i nam się przyda odpoczynek, relaks i trochę luksusu.

W końcu Turcja to kraj pięknych plaż, ciepłego morza. pewnej pogody i wspaniałych obiektów gastronomicznych. Zostaliśmy przekonani do pobytu w miejscowości Kusadasi. Czekało nas dwa tygodnie słodkiego lenistwa, z drinkami i regeneracja zmęczonych mięśni.

Zaczęło się słodkie lenistwo, drinki z palemkami, smaczna kawka i herbatka, słodkie lenistwo nad basenem lub na plaży. Uginające się stołu w trakcie posiłków i ……

no właśni zaczęło się i – i szybko się skończyło, super wypoczywać ale po dwóch dniach pobytu zaczęło nas nosić, ile można siedzieć w ogrodzonym terenie hotelu? Dla jednych pewnie cały termin pobytu, jednak nie dla nas, więc zaczęliśmy szukać informacji o okolicy. Ku naszemu zdziwieniu, to hotel stara się zatrzymać swoich gości zasłaniając świat zza swoimi murami. O pierwszej niepowtarzalnej atrakcji zza murów dowiedzieliśmy się szybko i niezwłocznie chcieliśmy się tam znaleźć.

Dom Najświętszej Marii Panny

 

Zgodnie z najnowszymi badaniami archeologicznymi, w tym miejscu ostatnie lata na ziemi miała spędzić Matka Jezusa, sprowadzona w to miejsce między 37 a 45 rokiem n.e. przez św. Jana, gdy w Jerozolimie nasiliły się prześladowania chrześcijan. W miejscu obecnej budowli pochodzącej z VI w. odkryto, że powstała ona na fundamentach budowli z I wieku naszej ery. Miejsce to odwiedza wielu pielgrzymów, a jednym z nich w 1979 roku był Papież Jan Paweł II. Oprócz domu Maryi, odpustowych kramów z pamiątkami, złożyć można swoje prośby i życzenia, napisane na kartce przy Ścianie Życzeń, lub nabrać wody z trzech źródeł. W okolicy domu znajduje się też cysterna na wodę, w której dokonywano aktu chrztu, przez zanurzenie.

Po nitce do kłębka i już tam odkryliśmy kolejny punkt, który chcieliśmy zobaczyć, a mianowicie ruiny jednego z dwunastu antycznych miast jońskich w Azji Mniejszej – Efez.

Cudowne miejsce, warte zobaczenia za wszelką cenę. Myśmy zwiedzali je przy temperaturze prawie 40 °C. Zabezpieczyć trzeba było się w wodę, nakrycie głowy i krem przeciwsłoneczny i bezpiecznie można było zanurzyć się między ślady antycznej historii.Początek powstawania miasta to IX w. p.n.e. choć sąrównież i domniemania naukowców, że mogło już istnieć w XI czy w XIV w. p.n.e.

Jednymi z najważniejszych zabytków w Efezie to: zrekonstruowana Biblioteka Celsusa, widoczna na większości widokówek i zdjęć z tego miejsca, pozostawiająca niezatarte i oszałamiające wrażenia. Świątynie Hadriana, Domicjana, Fontanna Trajana, Odeon, niewielki teatr znajdujacy się w pobliżu Agory. Na zwiedzanie trzeba poświęcić większość dnia, jednak nie żałowaliśmy ani sekundy, a po powrocie do hotelu czekało na nas ciepłe morze i smaczna kolacja.

Kusadasi było kolejnym miejscem, które chcieliśmy zwiedzić. To portowe miasto, leżące nad Morzem Egejskim, sięgające swoimi początkami 3000 lat wstecz, warte jest zobaczenia ze względu na jego bogatą ofertę turystyczną. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Znane w całej Turcji sklepy, oferujace „oryginalne” prawie produkty, restauracje serwujące pyszne potrawy i napoje, dyskoteki czy bary. Drugie oblicze miasta, to zabytkowe miejsca. Wyspa Gołębi – Guvercinada to wizytówka miasta. Znajdujący się na wyspie zamek pochodzi z czasów bizantyjskich. 

Warto się wybrać tutaj wieczorem, by spędzić wśród tych urokliwych uliczek czas na relaks i zwiedzanie.

Kolejne dni poświęciliśmy na kursowanie miejskimi autobusami, zwiedzajac okolicę. Bardzo sympatyczni i uprzejmi mieszkańcy, niejednokrotnie ratowali nam skórę, błądzący turyści widać są powszechnym widokiem i gdy wsiadaliśmy do nieodpowiedniego pojazdu, natychmiast informowali nas, że jadą nie w stronę tego hotelu z którego mamy opaskę, w związku z tym, że nie zawsze udawaliśmy się w stronę miejsca naszego pobytu, to dość często próbowano nas wybawiać z opresji. 

Na szczególną uwagę zasługuje położona 30 km od Kusadasi, miejscowość Sirince. Miejscowość słynąca z hodowli brzoskwiń, a przede wszystkim z produkcji win, między innymi Erkan Önoğlu, wino apokalipsy. Miasteczko w, którym zachowano zwyczaje po panujacych tu wiele lat Grekach. Spacerujac uliczkami można było spróbować lokalnych produktów winiarskich, przepysznej kawy czy bardzo słodkiej herbaty. 

W miejscowości tej miało nastąpić Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Zgodnie z przepowiednią Majów o końcu świata, miejscowość ta zostać miała ocalona.

Największym zaskoczeniem in minus, przynajmniej naszym zdaniem był wyjazd do Pamukale. Miejsce to, oddalone o ponad 200 km od Kusadasi, przywitało nas katastrofą ekologiczną, o której dowiedzieliśmy się od miejscowych, pamiętajacych „stare dobre czasy”. Przedsiębiorcy, chcący zarobić na popularności, tego kiedyś na pewno urokliwego miejsca, pobudowali na wzgórzu hotele, te doprowadziły do degeneracji środowiska naturalnego i zaburzenia gospodarki wodnej, która to przez 14 tysięcy lat tworzyła te tarasy. Obecnie władze tureckie po nakazaniu rozbiórki hoteli, starają się odbudować to miejsce, stworzono Park Narodowy, po naturalnych tarasach zabroniono przemieszczania się turystów, a jedyna trasa udostępniona turystom, wiedzie wokoło sztucznie stworzonych tarasów i tworzonych od nowa nacieków, na szczęście pokrywający osad wapniowy zaczyna pokrywać już betonowe konstrukcje. Obecnie wejscie na te tarasy możliwe jest dopiero po ściągnięciu obuwia, co jest raczej słabo weryfikowane przez pracowników parku.

Niezaprzeczalnym atutem tej okolicy jest niedaleko położona antyczna miejscowość uzdrowiskowa Hierapolis, dzięki której uważamy wyjazd w ten rejon nie całkowicie nieudany, dość dobrze zachowane budowle, mała ilość turystów, cudowna atmosfera, zdecydowanie nadaje temu miejscu otoczkę świetności.

Organizując sobie wakacje all inclusive, całkiem nieźle się wymęczyliśmy. Doszliśmy do wniosku, że nie dla nas dwa tygodnie leżenia plackiem, jednak od życia i nam się należy odrobina luksusu. Pomimo tego, że moglibyśmy moczyć swoje kości w basenach i morzu, wygrzewać się na plaży, doszliśmy do wniosku, że Świat jest piękny bez względu gdzie się pojedzie i szkoda spędzać czas tylko w jednym miejscu. Więc juz zawsze planujemy zwiedzanie, a tytułowe all ….. będzie tylko malutkim dodatkiem.

Bari – miasto cudownych zapachów

Bari – cudowne miasto nad Adriatykiem. Gdy wybieraliśmy się w to miejsce w głowach kotłowało nam się wiele nieprzyjemnych myśli. Znaliśmy Włochy z wcześniejszych wielokrotnych przyjazdów, jednak tak na południe nie zapuszczaliśmy się (za wyjątkiem Sycylii). Słyszeliśmy wielokrotnie, że to biedny region, że nie ma co tam robić, niezbyt wiele rzeczy jest do zobaczenia.

Na szczęście przyszedł czas by przekonać się o tym osobiście i kolejny raz potwierdzić swoje przekonanie, że to co podoba się mi, niekoniecznie musi podobać się innym i na odwrót.

fontanna

Do Bari obecnie można dostać się tanimi liniami, nie trzeba poświęcić 20 godzin na podróż samochodem. 

Po wyjściu z lotniska, kupiliśmy w „kiosku” bilety autobusowe za 1 euro i dojechaliśmy nimi w niecałą godzinę do centrum miasta. 

Opcjonalnie pozostają jeszcze taksówki, droższe prywatne autobusy i pociąg. Jednak jeżeli komunikacja miejska działa, to po co przepłacać?

Wypoczynek w Bari zaplanowaliśmy w naszym stylu, dużo i intensywnie, więc lato odpadało  jako, że w tych regionach temperatura przekracza z nawiązką 30 stopni, a sezon urlopowy przyciąga w to miejsce wielu turystów. Odwiedziliśmy tę miejscowość na wiosnę i ryzykując to, że możemy czasami zmoknąć wybraliśmy się w podróż.

Bari to stolica regionu Apulia, pięknego, ale w porównaniu z północnymi i centralnymi regionami Włoch dość biednego. Nasze pierwsze wrażenie jednak po przyjeździe do Bari to unoszący się zapach, zwiedziliśmy dziesiątki włoskich miast i miasteczek, ale w żadnym z nich nie czuliśmy tak przyjemnych „kuchennych” zapachów. Nie trzeba było szukać wąskich uliczek, z malutkimi knajpkami by znaleźć źródło tego zapachu. Pachniało praktycznie wszędzie i wszędzie otaczały nas większe lub mniejsze obiekty serwujące posiłki lub sprzedajace słodycze i inne smakołyki.

W całej Apulii warto sróbować owoców morza i ryb, na targu rybnym w cenie 5 euro spróbowaliśmy świeżo złowione małże, pokropione tylko sokiem z cytryny. Potrawa nie dla każdego, ale to nie przekąska dla każdego. Bogata kuchnia regionu pozwoli znaleźć coś pysznego każdemu. Wokół znajdziemy wiele pizzerii, restauracji serwujacych makarony i owoce morza. Warto spróbować czarną bułkę wyglądajacą jak hamburger z ugrilowaną ośmiornicą.

Ponadto region słynie z:

  • Patate riso e cozze – ryżu z ziemniakami i omułkami.
  • Sgagliozze – prostokątnych kawałków polenty z mąki kukurydzianej, smażonych w głębokim tłuszczu i sprzedawanych w formie przekąski.
  • Popizze – kulek z mąki pszennej, smażonych na oleju.
  • Focacci– pieczonego ciasta do pizzy z ziemniakami, ziołami lub oliwkami.
  • Taralli – słonawych obwarzanków.
  • Panzerotti – dużych, smażonych pierogów z rożnymi nadzieniami.
  • Calzone di cipolla – cebulowego ciasta.

Zwiedzajac Bari obowiązkowym punktem jest stare miasto. Przechadzajac się wąskimi uliczkami starówki poczujemy klimat miasta sprzed kilkuset lat. Trzeba zobaczyć Bazylikę św. Mikołaja, miejsce symbol Bari i cel wielu pielgrzymek, zarówno dla katolickich jak i prawosławnych wiernych. Polskim śladem w Bazylice jest pomnik grobowy i grób Królowej Bony, żony Króla Zygmunta I Starego. Pomnik w miejscu pochówku zleciła córka Królowej Bony – Anna Jagielonka.

Kolejnymi wartymi zobaczenia obiektami są:

Romańska Katedra Św. Sabiny – Cattedrale di San Sabino, należy przejść się promenadą Lungomare, życie codzienne mieszkańców i kroki większości turystów kierują się na place – Piazza del Ferrarese i Piazza Mercantile. Przy jednym z wyjść ze starówki oczom ukazał się nam bardzo ciekawy obiekt, a był nim zamek Castello Svevo di Bari – obecnie muzeum i centrum wystawiennicze.

Bari zostawiła nam niezatarte wspomnienia, nie ma może najpiękniejszych plaż we Włoszech, jednak miejsce to odwiedzać będziemy ze względu na inne przymioty. Bari poza tym jest wsaniale skomunikowanym miastem z innymi miastami regionu i dzięki temu pozwala w możliwie krótkim czasie zobaczyć wiele atrakcyjnych miejsc.

W chwili gdy znajdę czas na złożenie relacji z tamtych wojaży, wrzucę tutaj link do niej.

Indie – kraj kontrastów

Indie – kraj na południu Azji, pokonując 5 tysięcy kilometrów można znaleźć się w tak niezwykłym miejscu, że dla większości ludzi pochodzących z naszego rejonu, pozostanie na pewno w pamięci do końca życia.

W 10 godzin można się tam znaleźć liniami lotniczymi także z naszego kraju. Myśmy obawiali się, samodzielnie udać w tamte rejony i wybraliśmy podróż z niestety nieistniejącym już biurem, które siedzibę miało w USA. Program wyjazdu był bardzo interesujący i oferujacy wiele więcej w tamtych czasach niż organizatorzy krajowi, na szczęście obecnie się to wszystko zmienia i teraz i u nas można zaplanować wyjazd z ciekawie zaplanowanym i zorganizowanym programem oraz rzetelnym, sprawdzonym Organizatorem.

Do Delhi udaliśmy się z Pragi, z międzylądowaniem w Instambule, by po 12 godzinach doznać pierwszego szoku. Nie zobaczyliśmy 11,5 miliona mieszkańców stolicy Indii od razu, choć z tą stolicą to również tak nie do końca jest, bo stolicą jest Nowe Delhi, administracyjnie stanowiące osobne miasto, lecz jako organizm miejski, to miasto w mieście, bardziej jako dzielnica, choć ogromem i liczbą ludności dzielnicy na pewno nie przypomina.

Delhi było tylko miejscem przesiadkowym, nie zwiedzaliśmy tego miasta, a wszystko co widzieliśmy widzieliśmy zza szyby taksówki. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy, to niewyobrażalna granica między bogactwem a biedą. Różnice widoczne na każdym kroku, dzielnice z pięknymi ulicami, parkami, domami i druga strona tego miasta – biedna, przeludniona, głośna, ale atakująca oczy ferią barw, tak kolorowa, że zachwycała nas bardziej niż dzielnice bogatych mieszkańców (choć również kolorowa, zdobna i kapiąca przepychem), to na nas większe wrażenie zrobiły te dzielnice bliższe zwykłym ludziom.

Z Delhi udaliśmy sie do pierwszego naszego miejsca pobytu – Rishikesh. Świętego dla wyznawców Hinduizmu miasta i cel wielu pielgrzymek. Nazwa Rishikesh pochodzi od słowa ryszi, to tytuł kapłanów i mędrców, a miasto otrzymało tę nazwę w związku z tym, że było to miejsce gdzie medytowali starożytni mędrcy. My jak przystało na zachodnich pielgrzymów chcących poznać nieco kulturę i zbliżyć się choć trochę do osób oddajacych się medytacji i ćwiczeniom jogi zamieszkaliśmy w Ashramie Madhuban.

Miasto zbudowano nad świętą rzeką Hindusów – Gangesem, rzeka ta to Bogini hinduska i to niezwykła rzeka. Od niej zależy życie wielu milionów mieszkańców Indii, wzdłuż jej nurtu powstało wiele świątyń, a na jej brzegu Hindusi przybywajacych z najodleglejszych zakątków kraju udają się na pielgrzymki oddając cześć Bogini Ganga, ktorej to Ganges jest ucieleśnieniem. Obecnie turyści mogą być świadkami wielu rytuałów i obrządków, gdzie wierni obmywają się w nurcie rzeki, medytują nad jej brzegiem, śpiewają mantry, czy puszczają łódeczki z kwiatów wraz z płonącymi świecami i lampionami.

My będąc gośćmi korzystaliśmy z wielu tego typu atrakcji, odwiedzajac okoliczne świątynie, ashramy, czy miejsca modlitw nad brzegami Gangesu, jednak przede wszystkim mogliśmy korzystać z porannych i wieczornych ćwiczeń yogi.

Trayambakeshwar – to świątynia i symbol Rishikesh, ponad 800 letnia świątynia gurująca 13 piętrami nad Gangesem, to świątynia poświęcona przede wszystkim Śiwie, ale i wielu innym Bogom. Brzegi rzeki łączy ciekawy most Lakshman Jhula, który przekraczaliśmy niejednokrotnie, chcąc udać się na miejskie targowiska i stragany.

Będąc w Rishikesh, każdemu zabraknie urlopu by zwiedzić każde ciekawe miejsce w mieście i w okolicy.

Zachwyciły nas kolorowe stragany, przepyszna kuchnia, choć dla mięsożernych smakoszy nic się nie znajdzie, wszak to święte miasto, a wierzący nie jedzą mięsa. Choć miałem ochotę zjeść coś mięsnego z jednym wyjątkiem musiałem obejść się smakiem. Wyjątek dotyczył wyjazdu z miasta, gdy udaliśmy się do restauracji oferujacej w swoim menu pożywienie mięsne. W ten sposób po tygodniu wegetariańskiego jedzenia, kozina została zaserwowana mojej osobie i kilku innym uczestnikom stęsknionym za pokarmem mięsnym. W restauracji nie można liczyć na wołowinę, wszak wiadomo, że krowy w Indiach są święte i nie jest to legendą, a my mieliśmy okazję się niejednokrotnie o tym przekonać, wieprzowina w tej szerokości geograficznej nie jest spożywana, więc do dyspozycji pozostało w menu jeszcze baranina i kurczak. Niestety gospodarz nie spodziewał się najazdu głodnych i spragnionych mięsa turystów i wyczyściliśmy mu lodówkę z jedynych trzech porcji koziny.

Oprócz wszędzie obecnych krów, trzeba było zwracać szczególną uwagę na małpy, pomimo wielokrotnych już ostrzeżeń w Polsce o tym jak niebezpieczne są to zwierzęta, to myśmy mieli szczęście i jedynymi poszkodowanymi byli Ci, co niebacznie eksponowali swoje słodycze w ręku, by za chwile je stracić, po tym jak zręczne małpy wyrywały je z dłoni. 

Po tygodniu obecności w Rishikesh udaliśmy się w stronę  Himalajów i pomimo tego, że w nazwie mają Małe, to szczyty znajduja się na wysokościach ponad 5 tys. m n.p.m. ,  a średnia wysokość regionu to 3700 – 4500 m n.p.m.

Sam przejazd lokalnymi środkami transportu to niezapomniane przeżycie, zastanawialiśmy się czemu niecałe 200 km drogi pokonywać będziemy prawie 8 godzin. W trakcie podróży wszystko się wyjaśniło, duży ruch i korki nie były największą tego przyczyną, o podróży nad przepaściami, wymijaniu się dużych pojazdów na zakręcie, którym Europejczykom, wydawało się niemożliwe, czy przystanki z nieznanych przyczyn były głównymi powodami długiego czasu podróży. Jednak nie pozna Indii ten, kto nie skorzysta z ich środków transportu.

Po ekscytującej podróży dojechaliśmy do Guptkashi, niewielkiej wioski u podnóża gór. Kolejne miejsce w Indiach i kolejny szok, kulturowy i ludzki. Wędrując górskimi szlakami mijaliśmy niewielkie osady, które ciężko było nazwać miejscowościami, to skupiska bardzo biednych ludzi, nie posiadajacych prawie nic, mieszkajacych w kartonach, prowizorycznych namiotach. Ludzie uśmiechnięci i pogodzeni chyba ze swoją dolą. Szczęśliwe dzieci, bawiące sie patykiem, kamykiem, nie potrzebujace do szczęścia wszystkiego tego co w naszym kraju jest już niezbędne. Jednak i tam spotykaliśmy się z ludzkim szczęściem, w sąsiedztwie hotelu, odbywało się wesele i byliśmy świadkami wielu ciekawych obrządków. Przechodząc przez niewielką osadę, zostalismy zaproszeni na część wesela innej pary, a dzięki naszemu przewodnikowi, poznaliśmy trochę zwyczajów. Tak dowiedzieliśmy się, że jako goście na weselu przyniesiemy Młodym szczęście, matka Pana Młodego pokazała nam swój rodowy skarb, przekazywany od setek lat z matki na córkę, a mianowicie złoty naszyjnik. Naszyjnik taki z pokolenia na pokolenie jest wzbogacany kolejnymi złotymi elementami, a czym majętniejsza rodzina, tym taka ozdoba bogatsza.

Okolice Guptkashi to przepiękne tereny, górskie swiątynie, przepiękne krajobrazy, miejsce gdzie świat się zatrzymał i pokazuje nam co jest najważniejsze w życiu. Poranne pobudki, za krótkie noce, wszystko to było rekompensowane wspaniałymi wschodami słońca, porankami u podnóża gór przy budzącej się do życia świątyni, a każdy kolejny dzień był niespodzianką.

Tadź Mahal – dla wielu osób obowiązkowy punkt odwiedzin w trakcie pobytu w Indiach. Pałac miłości, zbudowany przez władcę, ku pamięci przedwcześnie zmarłej żony. Monumentalna budowla, odwiedzana przez miliony turystów, zachwyciła ale i pozostawiła po sobie pewien niedosyt.

Nieopodal natomiast znajduje się Czerwony Fort, zespół budowli fortecznych i pałacowych. Budowę tego obiektu rozpoczęto w 1565 roku, w 1666 roku w tym forcie życie zakończył w odosobnieniu, Szahdżahan, twórca Tadź Mahal. 

Olbrzymie zaskoczenie, ale w sumie powinno być do przewidzenia to kolejna podróż po Indiach, a mianowicie przelot do turystycznego raju Indii, jakim jest Goa. Ten turystyczny region różni się diametralnie od tego co widzieliśmy wcześniej. Nowoczesne hotele, gospodarka nastawiona na turystów, senna i leniwa atmosfera pomagająca w odpoczynku, przepiękne plaże i ciepłe Morze Arabskie. Choć dalej są to Indie o czym świadczyła obecność na plaży Świętych Krów (i nie byli to wczasowicze z każdego zakątka swiata), lecz najprawdziwsza rogacizna. Nikt nie odważył się przegonić tych zwierząt, a one co rano przechodziły sobie plażą pozostawiając po sobie ślady swojej obecności, jednak bardzo krótkotrwałej, ponieważ tuż za nimi wędrowała grupa kobiet, która cierpliwie sprzątała plaże po „świętobliwych gościach”.

Goa to również przyroda, piękne wyspy, delfiny, przepyszna kuchnia, bogata w owoce morza, duża oferta turystyczna i pierwszy raz widoczny na każdym kroku alkohol i papierosy, coś czego nie ma na widoku w innych regionach kraju.

Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, trzeba spakować walizki, wrócić do rzeczywistości i zacząć planować kolejną podróż.

Odwiedzajcie naszą stronę, a my obiecujemy przedstawiać kolejne relacje z naszych wyjazdów i mamy nadzieję, że będą one inspiracją dla Was, a oferty Organizatorów lub nasze rady będą początkiem Waszych wspaniałych przygód.